Zobaczyć rewanż Superpucharu i umrzeć*

12.09.2012 | Maciej Leszczyński

Jakie może być największe marzenie kibica Realu Madryt związane z ukochanym klubem? Na takie pytanie chyba nie trzeba odpowiadać. Nam, uczestnikom wyjazdu do Madrytu ze stowarzyszenia Águila Blanca, udało się obejrzeć kapitalny mecz zakończony zwycięstwem i zdobyciem trofeum na Estadio Santiago Bernabéu, w miejscu wyjątkowym dla każdego madridisty.

Zanim jednak udaliśmy się do Świątyni, musieliśmy ruszyć samolotem z Poznania. Bez problemów w nocy z wtorku na środę wylądowaliśmy na ogromnym lotnisku Barajas, zakwaterowaliśmy się w hostelu i… nadszedł czas na zwiedzanie Madrytu! Na Bernabéu dość daleko, nasz pierwszy cel - Cibeles. Warto przypomnieć, że dostanie się tam legalnie w zwykły dzień jest niemożliwe . My nie damy rady? Tego dnia pod samym pomnikiem było znacznie spokojniej niż dwadzieścia cztery godziny później. Pierwsze zaskoczenie w stolicy Hiszpanii to stosunkowo niewielka liczba sklepów z napojami dla potrzebujących. Zresztą w nocy naprawdę ciężko o zakup piwa w inny sposób niż od zaprzyjaźnionych Hindusów z lodowatymi Mahou w plecakach. Cena wyjściowa to 1 euro, jednak nad ranem negocjacje stawały na kwocie 1,5 euro za dwie puszki.

W dzień meczu część obecnych członków peñi wybrała się pod stadion, gdzie nie udało im się jednak zjeść obiadu z Florentino Pérezem i Sandro Rosellem, zaś najpilniejsi redaktorzy po szybkim zakupie prasy rozpoczęli dbanie o dobro użytkowników RealMadrid.pl, częstując ich dojazdówką. Kilka godzin przed samym meczem, kiedy już wszyscy z Águili zameldowali się pod stadionem, przyszedł czas na przywitanie autokaru z piłkarzami na Concha Espina. Grupa Ultras Sur już wtedy była dość głośno, odpalono pierwsze tego dnia race i kilkukrotnie pozdrowiono rywali z Katalonii. Pierwsze wejście na Bernabéu - magia.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że pierwszy rząd za bramką to nie jest najlepsze miejsce na stadionie, ale przekonaliśmy się na własnej skórze, że to właśnie w najniższych sektorach najbardziej „żyje się meczem". Oczywiście niemożliwe było obejrzenie meczu z podobnym widokiem do kamery telewizyjnej, jednak na taki mecz z miejscówkami trafiliśmy wręcz perfekcyjnie. Szarże Cristiano lewym skrzydłem, bramki Królewskich, zmarnowane sytuacje Pipity w pierwszej połowie, reakcje i niekiedy burzliwe dialogi między Pepe a Casillasem przy własnej bramce w drugiej części - to wszystko widzieliśmy znakomicie. Kibice przyzwyczajeni do dopingu „po polsku" mogli czuć się zawiedzeni, jednak kilka razy 80 tysięcy gardeł dookoła potrafiło wesprzeć swoich ulubieńców (ewentualnie zniechęcić do gry przeciwników). Tuż po ostatnim gwizdku chyba każdy z nas uważał się za najszczęśliwszego człowieka na ziemi.

Docelowym miejscem po meczu - i tu bez niespodzianki - było oczywiście Cibeles. Metro zapchane, przy kierowcach autobusów kolejki dłuższe niż u polskiego lekarza. Szybka decyzja - idziemy pieszo. Co chwilę przyśpiewki, co chwilę przerwy, bo kogoś zgubiliśmy. Wydawało się, że ta podróż jest najmniej przyjemną rzeczą tego dnia. I wtedy obok nas zatrzymał się… Sami nie wiedzieliśmy, kto może być kierowcą dużego audi. Niemal wszyscy kibice w promieniu kilkuset metrów zaczęli biec w stronę samochodu, które stało na czerwonym świetle. Ktoś krzyknął, że to Mourinho, a my biegliśmy ile sił w nogach. Do kogo? Do Ikera Casillasa i jego partnerki Sary Carbonero. Niestety szybciutko skręcili na kolejnym skrzyżowaniu, a my zdążyliśmy krzyknąć „gracias" czy „grande portero".

Kolejnym wielkim przeżyciem była fiesta na Cibeles. Trudno dokładnie oszacować liczbę świętujących osób, ale dość szybko przedostaliśmy się blisko głośno śpiewających ultrasów. Osoby znające przyśpiewki bardzo szybko wkomponowały się w tłum. „Como no te voy a querer" czy „Campeones" były absolutnymi hitami, ale niestety już po kilku godzinach zaczęła wyganiać nas policja. Wyrobiliśmy sobie na tyle dobrą markę, że kilku Hiszpanów poszło z nami na Puerta del Sol, tam spotkaliśmy kolejnych madridistas i kontynuowaliśmy zabawę do samego rana.

Następnego dnia nasze drogi nieco się rozeszły, kilku z nas zwiedziło zielone tereny w Parque del Retiro i Casa de Campo, kilku czyhało na piłkarzy pod Valdebebas, inni pojechali zobaczyć okolice Vicente Calderón. Jak się okazało, w miasteczku sportowym Realu warto było czekać do końca. Najwytrwalsi zdążyli zrobić sobie zdjęcie z Sergio Ramosem, niemal każdy otrzymał autograf od Álvaro Arbeloi, a ci, którzy odwiedzili obrzeża Madrytu około godzinę przed treningiem zobaczyli niesamowite Lamborghini należące do Cristiano i zostali pozdrowieni przez Xabiego Alonso. Valdebebas jako jeden z ostatnich opuszczał trener Mourinho.

Ostatnia noc to napływ kibiców Atlético do centrum Madrytu. Część z nich widząc herb Królewskich na naszych koszulkach potrafiła zamienić kilka słów, z innymi można było porozmawiać o różnicach między Karimem a Gonzalo, jeszcze inni wręcz bronili Iniesty jako najlepszego piłkarza w Europie. Ogólnie było dość spokojnie. Do czasu. Mimo świetnego meczu z Chelsea i triumfu w Superpuchrze Europy nie wszyscy potrafili zachować się z klasą. O szczegółach jednak nie warto wspominać, chociaż pewna rzecz nas zaciekawiła: dlaczego szukano nas w śmietnikach? Do następnego spotkania z fanami rojiblancos to pytanie pozostanie bez odpowiedzi.

FILMY:

Drugi gol dla Realu

Świętowanie na Cibeles, część pierwsza

Świętowanie na Cibeles, część druga

„Mistrz z Metra"

*Ta niewinna parafraza znanego powiedzenia ma niewiele wspólnego z rzeczywistością - wszyscy oczywiście szczęśliwie wrócili do Polski :)

Archiwum